Od razu widać, że zbliżają się święta, bo szopek w zasięgu wzroku co niemiara… Kilka dni temu nasz ulubieniec gościł na Jasnej Górze, gdzie obiecywał Matce Boskiej walkę z lenistwem i lekkomyślnością, marnotrawstwem, pijaństwem i rozwiązłością. Jak tak dalej pójdzie, to chłopa trzeba będzie wpisać do katalogu błogosławionych… Znaleźć go będzie można w kategorii „medialne wykorzystywanie kościoła do własnych, niskich pobudek”. I znów mi się zbiera na odruchy wymiotne…

Na ręce niejakiego Jurka Marka trafił dziś niezwykle oryginalny projekt uchwały o tytule roboczym „Jezus królem Polski”. Sygnatariusze dokumentu podobno nie chcą się z nim afiszować, ale ze źródeł niejasnego pochodzenia nadchodzą słuchy, że stoi za tym 46 posłów PiS, LPR i PSL. Ów wspaniałomyślni ludzie chcą nadać Chrystusowi tytuł „Jezus Król Polski”- rzekomo przemawiają za tym argumenty historyczne i teologiczne. No to ja już mam dość na amen… Jezus chyba też…

Oba powyższe przykłady pokazują jak pewni politycy w plugawy i ohydny sposób próbują wmieszać kościół do polityki… I to nawet nie kościół jako instytucję, tylko Kościół jako religię, wiarę, duchowość. Panowie chyba nie za bardzo wiedzą, co czynią i komu szkodzą… W pełni podpisuję się pod słowami abp Głódzia: „Posłowie powinni się modlić i pokutować”- dodałbym jeszcze, żeby robili to po ciuchu, bez kamer i mikrofonów. Sam żyję raczej na bakier z wszelkimi rytuałami religijnymi, wierzę głównie w siebie ;) - jednak jak patrzę na to wszystko, to chce mi się modlić - o normalność… Bo więcej już chyba nam nie pozostało…

Linki do artykułów na temat, z portalu gazeta.pl :

„Lepper na Jasnej Górze wypowiedział walkę rozwiązłości”

„Projekt uchwały Sejmu: Jezus królem Polski”

„Jezus Królem Polski? Biskupi: Niech posłowie się nie wtrącają„


2 odpowiedzi dla “Świąteczne szopki, czyli stosunek polityki do kościoła”  

  1. 1 NicePrice

    Łukaszku - Jezus i tak Cię kocha !!! a jako ochrzczony sunuś Kościoła, musisz dorosnąć aby to zrozumieć (to tak a’propos na bakier).
    Na przekór jedynie słusznej gazecie podaję Ci tekst pewnego wykształconego człowieka, byś mógł się ewentualnie zrozumieć otaczającą rzeczywistość i zaqmać gdzie się znajdujesz na wybranej ścieżce swojego życia. Poniżej tekst do przemyślenia…….

    Istnieje pewne prawdopodobieństwo, że panu premierowi Kaczyńskiemu nie uda się dotrwać do końca kadencji parlamentu, i rządy aktualnej koalicji zostaną zastąpione koalicją PO–SLD z udziałem którejś obrotowej szajki. Natomiast prezydenta Kaczyńskiego, nim upłynie jego kadencja, będzie Salonowi zdetronizować trudno. Salon musi więc uzbroić się tutaj w cierpliwość, kiełznając swą żądzę zasiedlenia pałacu przy Krakowskim Przedmieściu. Ale czas szybko biegnie, trzeba już myśleć kim da się zastąpić Kaczora nr 2. Amerykańska lewica robi to notorycznie z kilkuletnim wyprzedzeniem — od już co najmniej dwóch lat jej faworytką do nominacji pozostaje pani Clintonowa, dama tak uzdolniona pijarowo, że własnemu mężowi publicznie ocierała łzy tuląc, gdy spadło mu na głowę wilgotne cygaro słodkiej stażystki. Nasz lewicowy Salon też powinien wymyślić kandydata medialnego, mającego solidne „branie” u rzesz. I nie radziłbym myśleć o politykach, bo ta profesja koszmarnie się już skompromitowała w oczach publiki głosującej.

    Gdybym ja był Tuskiem bądź Olejniczakiem, reaktywowałbym credo Ala Kwaśniewskiego „Postawmy na przyszłość!”. Niby obaj to wiedzą i nie stawiają na przeszłość (Tusk nie odgrzewa swej dawnej chętki autonomizacji Kaszub, a Olejniczak jakichś bolszewickich sentymentów), ale winni przełamać doktrynerstwo–politykierstwo i obstawić pewniaka, który nie kojarzy się z wiejskim weselem po północy, czyli z naparzaniem się sztachetami w ekskluzywnej remizie przy ulicy Wiejskiej. Wysunąć człowieka o twarzy nie-pobrużdżonej pyskówkami, głosowaniami na dwa guziki i szeptankami w hotelowych boksach, twarzy budzącej sympatię milionów rodaków. Człowieka biegłego przy tym w problemach ekonomicznych (finanse, lokaty, zyski, rentowność), mówiącego o nich gładko z ekranu telewizora (pośrodku filmów fabularnych), dzięki czemu pewien Fundusz obrotny jak Latający Holender rozmnaża biednym ludziom procenty, żeby prosperity mas (imponujące za sprawą „cudu gospodarczego” Balcerowicza) dalej kwitło. Zgadli już Państwo? Tak — to nasz ukochany Marek Kondrat!

    Kondrat rozpoczął wielką aktorską karierę od roli kelnera w „Zaklętych rewirach” (1975), i jest konsekwentny — dzisiaj też kelneruje, chociaż w innej knajpie: w garkuchni lewicy, michnikowszczyzny i „politycznej poprawności”. Jest aktorskim frontmanem czerwono–różowego Salonu. Miejsce w sercach kinomanów wykuł sobie zwłaszcza dzięki „C. K. Dezerterom”, „Pułkownikowi Kwiatkowskiemu” i „Ekstradycji”. Ja jednak wspominam go dzisiaj głównie przez rolę diabła w „Diabelskiej edukacji”, lecz nie dlatego, że rozbierał tam do zupełnego rosołu młodziutką Renatę Dancewicz, tylko dlatego, że pan Kondrat twardo od dłuższego czasu edukuje kogo może politycznie na modłę salonową. Salonowi dziennikarze lubią go przepytywać w kwestiach politycznych, wiedzą bowiem, iż mają gwarancję otrzymania od gwiazdora właściwej dawki nienawiści do prawicy, miłości do lewicy, uwielbienia Adama Michnika, tudzież agresywnego filosemityzmu wymierzonego w paskudny sarmacki antysemityzm. Nie inaczej było, gdy ostatnio mistrz dał wywiad „Przeglądowi”: „Mnie również bardzo brakuje w Polsce lewicy”, „Prawica jest mi kompletnie obca”, „Gadanie w kółko o patriotyzmie”, „Żydożerczy endecki opar”, „Michnik będzie dla mnie zawsze postacią naczelną”, itp. Plus refleksja, że wobec wszystkich tych prawicowych oparów „jedynym ratunkiem jest edukacja”. À propos: czemu już tak długo żadna telewizja nie wznawia „Diabelskiej edukacji” z mistrzuniem w roli głównej?

    Lud vulgo elektorat kocha pana Marka równie mocno jak pan Marek kocha pana Adama, wskutek czego wybrałby gwiazdora na prezydenta z całą pewnością, gdyż każdy wie, iż aktorzy bywają świetnymi panami prezydentami (exemplum Stany Zjednoczone). Właśnie to winni wziąć pod uwagę czerwoni i różowi salonowcy, kiedy będą typować kandydata mającego zastąpić Kaczora nr 2. Mistrz–edukator to murowany faworyt. Człowiek światły, postępowy, antyczarnosecinny, i jeszcze przystojny (kobiecy elektorat!) — same plusy dodatnie. Gdyby kandydując ogłosił, że kiedy zwycięży, to zatrudni w swej kancelarii prezydenckiej i w sztabie doradców „odjazdowe” autorytety moralne (TVN–Kuba, TVN–Szymon, Polsat–Tomek, Świątecznapomoc–Jurek itp.) — postępowy elektorat młodzieżowy dostałby cieczki: wyzwolona młodzież pędziłaby ku urnom niczym na manifę gejowsko–lesbijską. Zwycięstwo w cuglach. A później zdrowa edukacja społeczeństwa, bez patriotycznych oparów. Triumf tolerancji, rozebranej do rosołu, żeby każdy mógł kontemplować jej detaliczny urok.

    Tak więc: Kondrat na prezydenta! Że co — że robię sobie tzw. „jaja”? Nigdy w życiu. „Jaja” to robił sobie „Newsweek”, swego czasu lansując redaktora Lisa na prezydenta. Po pierwsze: gdyby „preziem” został Marek Kondrat, jestem pewien, że byłoby dużo weselej niż dziś, a tę pewność dają mi tytuły kilku jego filmów („Dom wariatów”, „Lekcja martwego języka”, „Dreszcze”); czyż wszyscy nie lubimy się weselić? „Dzień świra” przemieniłby się w kadencję wielodniową, przynajmniej pięcioletnią. Po drugie: nie ja pierwszy sugeruję prezydenckość Kondrata. Wcześniej uczyniło to (zupełnie serio) agorowskie „Metro”, teraz zaś (listopad 2006) salonowcy Żakowski i Najsztub, fetując mistrza w salonowej telewizji. Przypomnieli pochwalnie, że według niego ludzie, którzy dziś rządzą, to „najgorszy garnitur intelektualny i charakterologiczny”, vulgo: że „pan Marek” uważa Bliźniaków and company za bandę tumanów i hochsztaplerów, a gwiazdor wtórował „panom redaktorom” stwierdzając, że Kaczyńscy od dziecka „mieli imperatyw burzenia i rujnowania”, po czym wyznał, że będzie głosował na czerwonego (Borowskiego), gdyż kocha Warszawę. Sugestię, że winien sam myśleć o prezydenturze, zrazu skromnie negował, lecz w końcu zapowiedział, że ją rozważy. I ja właśnie dlatego namawiam różowo–czerwonych, by uczepili się tej deklaracji mistrza, bo to niepowtarzalna szansa przyszłego triumfu.

    Gwarancją, że mistrz jako prezydent nie zawiódłby, jest inna (cytowana już) deklaracja pana K.: „Michnik będzie dla mnie zawsze postacią naczelną”. Mając taki wzór przed oczami — nie można zawieść. To więcej niż herbertowska kwestia smaku — to kwestia honoru „ludzi honoru”.

  2. 2 Łukasz Tabaszewski

    Ależ ja wcale nie przeczę, iż Jezus mnie kocha- cieszę się z tego okrutnie bez względu na to czy to iluzja, posmak czy też temat zastępczy. Jeśli chodzi o tekst odnośnie Marka Konrada- jestem pod sporym wrażeniem! Napisany w stylu przypominającym mojego mistrza… A jeśli chodzi o treść rozumianą- traktuje ją w formie żartu- dobrego żartu :) Pozdrawiam

Odpowiedz